opowiadania

Drabiną do Nieba…

Wieża kratownicowa

Na tym blogu dowiesz się czegoś więcej o tym, jak wygląda świat z perspektywy pracownika dostępu linowego, świat oglądamy w wysokości – różnej, czasem jest to kilka metrów innym razem kilkaset metrów. Podejrzysz kuchnię naszej pracy, jak montujemy radiolinie, jak wieszamy bannery, jak odśnieżamy bądź remontujemy dachy i wiele innych.

Na początek zamieszczam krótki teks z życia wzięty.. nie zawsze tak to wygląda, często jest to praca trudna, niesłychanie wyczerpująca i często niebezpieczna i w brew mitom z lat 80`tych nie najlepiej płatna – robimy to często by być wysoko, by być w górze. :)

Alpinizm Przemysłowy

Dolina Liesen

Słońce dopiero wstawało nad doliną Liesen, jej łagodne zielone zbocza spowite były jeszcze mgła zachodząc z wyższych partii alpejskich szczytów. To był początek tutejszej jesieni, zarazem koniec mojego pobytu. Wsiadając do samochodu pomyślałem ze ominie nie najbardziej malownicza pora roku dla tych okolic, gdy korony drzew eksplodują odcieniami czerwieni i jesiennego słońca.

Brakowało jeszcze dobrych 5 kilometrów a majestatyczna sylwetka wysokiej na 120m anteny radiowej już witała mnie z jednego z wierzchołków wzniesień. Nie sposób było stracić jej z oczu, śledziła uważnie każdy wiraż z jakim samochód pokonywał kolejne odcinki serpentyny.

Do końca chyba nie było jasne kogo lub co tam zastane. Zlecenie było ponoć czysto konserwacyjne a resztę miał wiedzieć Austriak który miał być na miejscu jak zapewniał mnie mój znajomy.

Końcówka drogi prowadziła gęsto porośniętym lasem jodłowym, zrobiło się przyjemnie zielono i wilgotno, z wentylacji wdzierał się zapach szyszek i żywicy. Przez przecinki co chwile zerkało na mnie oko anteny co sprawiało ze poczułem się trochę jak we władcy pierścienia. Wszystko to pozytywnie nastawiało do pracy,  miejsce i klimat i perspektywa rychłego powrotu do polski sprawiała ze intensywniej przezywałem te ostatnie dni wyjazdu.

Maszt był niemiłosiernie wysoki. Szczyt wzniesienia był zupełnie wyłysiały okalało go stalowe wysokie ogrodzenie z siatki strzegąca dostępu do szerokiej podstawy wraz z odciągami i małym budynkiem technicznym. Starałem się na oko ocenić czas wejścia po odcinkach, cała konstrukcja była na przemiennie czerwono biała, po krótkiej chwili zaniechałem liczenia, dach zasłaniam mi widok zresztą trzeba było gdzieś parknąć.

Austriak najwyraźniej był, bo coś silnie włochatego leżało na masce rozpadającego się pickupa toyoty z lat 80. Wypłowiały wiśniowy lakier, na drzwiach oblepionych błotem firmowa naklejka w obco niezrozumiałym niemieckim, ślady po naklejkach byłych właścicieli często nieskutecznie usuwanych z lakieru. Włochacz na uszach miał słuchawy które były drugim po bejsbolówce wyróżniającym się elementem, resztę stanowił zarost. Włochacz pulsował wraz z zawartością słuchaw z głową oparta o przednia szybę.

Słońce już fajnie grzało choć powietrze wciąż było rześkie i przesycone wilgocią. Dało się wyczuć nieznaczne podmuchy wiatru na twarzy. Podchodząc do Austriaka zobaczyłem przez szybę młoda blondynkę na siedzeniu pasażera,warkoczyki do ramion, pochłonięta w lekturze. Klepnąłem w maskę uśmiechając się do niej przez brudna szybę. Włochacz ożył siadając na masce i zaciągając słuchawy, spojrzała odwzajemniając uśmiech.

-        GrisGott, wyplułem  jedyny zwrot jaki opanowałem kiedykolwiek w zakresie Austriaków w nadziei ze włochacz wyglądający jak amerykański drwal zna angielski.

-        Fuck that bullshit , Im Arno You must by Mike? Ye?

-        Yes, nice to meet you. Im from ..

-        Ye, I know.. I speek with him.. its ok .

Arno wyglądał na bardzo sympatycznego gościa, choć mógł tez zapewne wzbudzić lęk z racji swojej postury. Ciężko tez było zdekodować jego intencje, poza sympatycznym głosem, koślawym angielskim było widać jedynie brodę, wąsy długie zostawione zupełnie same sobie włosy i wypłowiała jak jego samochód czerwona bejsbolówka. Uścisnęliśmy sobie dłonie, Arno zeskoczył z maski i spojrzał w gore na szczyt masztu.

-        We must go on the top… Arno zawiesił się szukając najwyraźniej w głowie słowa, sprawiało mu to chyba kłopot , klepał się w czapeczkę otwarta dłonią jak gdyby chciał w ten sposób wyrzucić prawidłową odpowiedź

-        and she is? Wskazałem na wnętrze samochodu z którego obserwowały mnie błękitne oczy dziewczyny w warkoczykach.

-        Dont think about that, its my sister. She is very bed girl, so I must keep my eyes on her. Ye? You know.. uśmiechnął się do mnie niezrozumiale i skiną na maszt. We go There and change the antiColision Ligh on 1`st, 2`nd and 3th level.

-        Fine, its nice walk.. heh.. about 50minutes? What do you thin? I take my equipment and we can go.

Jeszcze raz spojrzałem w kierunku wnętrza Pickupa, dziewczyna obracała coś w dłoniach nad książką trzymaną na kolanach co pochłaniało cała jej uwagę. Poszedłem po sprzęt i w ślad za Arno tez zabrałem swoje słuchawki z nadzieją ze umila mi wspinaczkę po drabince bez końca. W zasadzie nic prócz kasku, uprzęży i wąsów do wpinek ze sobą nie zabrałem. Dopinając wszystkie dyndające tasiemki podszedłem do Włochaczy. Arno w nieodłącznych słuchawkach wrzucał jakieś drobiazgi do małego plecaczek siedząc w otwartych drzwiach samochodu,  byłem owładnięty potrzebą zajrzenia i jakiegoś bliższego kontaktu z tajemnicza i złowrogą siostra Arno. Widziałem ja bardzo niewyraźnie przez zachlapana błotem szybę jednak przestroga Arno tylko podsycała moją ciekawość. Włochacz uśmiechnął się do mnie podając mały czarny plecak.

Zanurkowałem do środka z wyciągniętą dłonią..

-        Hi, im Mike, whats up

-        hi, Mike. Promieniała, patrzyły na mnie ogromne niebieskie oczy  – Do you wonna Smoke? W odpowiedzi na moja przyjazna dłoń pojawił się wielki zielony skręt pachnący mięta.

Ciężko odmówić takim oczom, zresztą od razu zrozumiałem słowa które powiedział Arno. She is very bed girl.

-        It well by great but after work, please. Nie mówię że nie. To były stare dobre czasy młodości, jedni po robocie pili browar, inni jak nasz premier palili gande. Ale nigdy w trakcie pracy.

Arno podpiął sobie podobny plecak do tego który mi wręczył i ruszył drabinka ku górze, sprawdziłem zawartość plecaka i z radością stwierdziłem ze poza śrubełkami, nowymi lampami jest tez butelka wody. Sam o tym nie pomyślałem. Sprawdziłem uprząż i karabinki i postawiłem nogę na pierwszym szczeblu. Puściłem muzę i ruszyłem w ślad za włochaczem który już zdarzył dobiec do polowy pierwszego odcinka na level 1. lewa,prawa..lewa,prawa..lewa..prawa.. przepiać,przepiać..lewa prawa… lewa,prawa. Patrzyłem jak siostra Arno stoi oparta o samochód i śledzi nasza drogę ku górze paląc zostawionego przez Arno batata. Muszę przyznać ze lubię taki sposób wspinania, no może nie koniecznie po drabinie, prosta sekwencja ruchów, monotonny cykl i rosnąca pod tobą przestrzeń. Do tego fajna muza i ciepło. Łapy się bułuja i dystans między nami rósł. Spotkaliśmy się z Arno na pierwszym kołnierzu Lev.1 kiedy w zasadzie już skończył wymieniać wszystkie 4 lampy, zaciągnął tylko słuchawę z ucha uśmiechając się serdecznie oznajmił żebym się nie przejmował ze wymienię pozostałe jak jemu zabraknie i spotkamy się na gorze. Czas mijał powoli na samotnym pokonywaniu kolejnych metrów i kolejnych odpoczynkach. Sporo z niego spędziłem na mimowolnym myśleniu o pozostawionej na dole demonicznej siostry Arno, której nawet imienia nie znalem. Na Drugim kołnierzu, jakieś 80m nad ziemia Arno jak powiedział tak czekał na mnie delektując się widokiem. Przed nami rozciągał się pofalowany zielony dywan koron drzew i białe górskie granie w oddali horyzontu. Wymieniłem dwie z czterech lamp, co de facto ograniczyło się do odkręcenia 4 śrubek i wymianie żarówy, człowiek marzy o takiej pracy. Kolejne 40m na top skłoniły mnie jednak do docenienia pracy która zazwyczaj wykonuje w Polsce, a której mam czasem serdecznie dość. Łapy zaczęły mi odmawiać posłuszeństwa, do tego speace pod nogami tez robił swoje, bo człowiek jakoś mniej przyzwyczajony, do tego skończyła się woda. O z chodzeniu nie chciałem w tamtej chwili myśleć, ile bym dał za line żeby sobie zjechać, mógł bym nawet ją zostawić. Dobrze ze zanim zacząłem się rozczulać w pełni nad sytuacja powitał mnie ostatni z trzech kołnierzy. Arno leżał na ażurowym podeście i cykał foty roztaczającym się z każdej strony widokom, obok jego plecaka stał otwarty termos z parującą kawą.

 

- how your hands? are you all right? Rzucił w moją stronę – drink some coffe.

Padłem na podest nie mając ochoty nawet usiąść i oprzeć się o konstrukcje. Byłem wypluty, przez następne kilka minut chłonąłem widok czekając aż ręce zaczną ponownie mnie słuchać. Czas mijał w milczeniu, włochacz mimo ze uwolnił uszy od swoich dźwiękowych implantów kontemplował widok będąc mocno na czymś skupiony. Ja ze zmęczenia i braku sił do konstruowania w głowie bardziej rozwiniętych fraz po angielsku tez skupiłem się na sączeniu gorącej aromatycznej kawy pomarańczowej. W tej chwili był to absolutny szczyt szczęścia. Zostały mi do wymiany cztery żarówy lamp przeciwkolizyjnych i powoli zaczynałem się zbierać w sobie by się do tego zabrać. Włochacz też się ożywił. Zajęty sobą zaczął z ciągać z siebie uprząż co w zasadzie nie zwróciło mojej uwagi. Walczyłem ze śrubka od klosza pierwszej lampy modląc się by śrubka mi nie wypadła. W końcu po ponad 100m lotu bym jej raczej nie znalazł, a już na pewno nie zamierzał bym tu wracać by ja ponownie wkręcać. Arno właśnie skończył ładować do swojego plecaka z ciągniętą uprząż, zatknął go na suwak i wręczając mi wolna ręką mały aparat frywolnie wyrzucił plecak za barierkę. Zamarłem. Przeszło mi przez głowę ze 100 różnych scenariuszy włącznie z tym ze włochacz jest gościem z innej planety i zamierza się zaraz pożywić moim ciałem. Zanim wydukałem z siebie – yy.. what are you doing man? Włochacz szczerze ubawiony stwierdził w jednym zdaniu że musi iść i żebym mu zrobił kilka zdjęć. Dopóki nie odwrócił się podchodząc do barierki, a ja nie zobaczyłem na jego plecach małego spadochronu, bylem pewien ze będę musiał z nim zaraz walczyć, by powstrzymać od samobójczej decyzji. Wszystko trwało jakieś 10sek. I pozostawił mnie zawieszonego w absurdzie przez następne kilka godzin. Arno jeszcze raz się uśmiechnął, w zasadzie było tylko widać jego oczy i nos, ale był to uśmiech wyrażający bezkres szczęścia i szaleństwa zarazem, wywiesił nogi za barierka trzymając się się jej jeszcze przez chwile. Wiedziałem ze wie co robi, ale bylem tak zaskoczony sytuacja ze chciałem go za wszelka cenę powstrzymać.

-        yy.. man, dont do that, aaa.. your sister, whats her name..?

-        Lili, see you next time man. I skoczył.

Zostałem sam, zostałem zupełnie sam na 120m maszcie z termosem kawy pomarańczowej i z aparatem w dłoni. Nacisnąłem tylko spust migawki. Może półtorej sekundy później z dołu dobiegł mnie strzał otwierającej się czaszy spadochronu. Podbiegłem do barierki, w połowie drogi do ziemi majestatycznie szybowało białe prostokątne skrzydło z wrzeszczącym radośnie Arno.

Kiedy byłem w połowie drogi powrotnej, machali mi wraz z Lili spod masztu krzycząc coś w moja stronę i pojechali. Zostawili mi na masce samochodu butelkę wody. I tyle. Nigdy więcej ich nie spotkałem. Rozliczyli się ze mną przez znajomego u którego mieszkałem, tam tez zostawiłem im aparat i rzeczy. Ot dziwne zlecenie wysokościowe , dziwny dzień i zabójcze blond warkoczyki.